Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stein. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stein. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2015

Od Steina - C.D Inoue

Okey... mój sen był... hmmm, jakie słowo byłoby tu odpowiednie? Mój sen był... dziwny? Tak... zdecydowanie tak można by określić mój sen, którego w żaden sposób nie chciałbym traktować poważnie, ponieważ... nie sądzę, abym aż tak bardzo zaprzyjaźniał się ze swoim obiadem, by ingerować w jego życie uczuciowe. Poza tym... ja i jakiekolwiek życie uczuciowe... NOPE. Na moje szczęście lub nieszczęście, wybudziłem się z tego snu spadając z kanapy wprost na ziemię. Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z twardą glebą od razu otrzeźwiło mój umysł i pozwoliło się w miarę ogarnąć. Zapewne powrócił mój zwykły, codzienny głos, ponieważ czułem dziwne uczucie w gardle. Odchrząknąłem, by delikatna chrypka w gardle ustąpiła i uniosłem się znad ziemi do pozycji siedzącej. W czasie tej czynności chrupnęło mi kilka kości co pozwoliło ogarnąć moje kończyny, które zapewne były ułożone na tej przecudownej kanapie w bardzo zabawny i... niezdrowy sposób. Tak się śpi jak się ma dziwne sny. Światło oślepiło moje oczy, które wtedy nie były zasłonięte przez szkła okularów. Przymrużyłem je od razu próbując dłonią poszukać okularów gdzieś w pobliżu kanapy, ale jak się okazało... były już stłuczone:
-Shit... - mruknąłem pod nosem. I tak je założyłem by mniej więcej widzieć gdzie idę i się przypadkiem nie wyjebać na dywanie. Podszedłem do szafki z licznymi szufladami i wysunąłem jedną z nich, gdzie miałem starannie ułożone stosiki zapasowych okularów. Wyjąłem losowo pierwsze z nich, stare wrzuciłem do kosza obok, a założyłem nowe. Odruchowo strzepałem kitel, który był strasznie pomięty i pozawijany w licznych miejscach i odwróciłem się za siebie. Wydawało mi się, że ktoś mnie obudził, ale jedyne co później dało się słyszeć to delikatne zamykanie drzwi. Zdziwiłem się, że nie huknęły one z trzaskiem i dziwne było to, że w ogóle zostały zamknięte. Fuknąłem tylko coś pod nosem i poszedłem do swojej sypialni, w której tak było czuć te kadzidła, że za cholerę nie zasnąłbym w takich warunkach. Niezwłocznie zgasiłem wszystkie trzy płomienie i otworzyłem na oścież okna. W tym czasie od razu sobie zapaliłem, by nie musieć ponownie wietrzyć, gdy po chwili w progu sypialni stanęła białowłosa dziewczyna, którą wcześniej przeniosłem do siebie:
-Dlaczego nie zamykasz drzwi? Nie wiesz, że w Rimear również są złodzieje? - powiedziała przyciszonym głosem.
( Inoue? Plasam, że takie krótkie ;_; )

piątek, 16 października 2015

Od Stein'a - C.D Inoue

Oczy dziewczyny nienaturalnie wykręciły się do tyłu po czym jej nogi lekko się zachwiały. Zaczęła bezwładnie opadać na ziemię. W porę udało mi się podnieść i złapać ją na ręce... była tak niewiarygodnie lekka, prawie jak szkielet.

-Zaraz mnie uwolnij, a tak skopię ci tyłek, że popamiętasz, okularniku jeden! Myślisz, że jak jesteś starym prykiem to ci wszystko wolno, tak?! Chodź na solo staruchu, a cię na asfalcie połamię! - krzyczał kurdupel. Byłem przyzwyczajony do różnych obelg i czasami mnie nawet bawiły... ach, ta ludzka kreatywność. Spojrzałem na jego osobę. Cały czas próbował się wyrywać, ale na nic... moje skalpele nigdy mnie nie zawodziły... kiedyś musiałem je odzyskać, ale w tamtej chwili najważniejsza była dziewczyna, której stan duszy ciągle mnie martwił. Nie wyglądała na taką, która na siłę próbuje ryć sobie banię mordowaniem czy czymś podobnym. Jej dusza równiez tego nie wykazywała, więc odrzuciłem tą możliwość. Niezwłocznie ruszyłem w stronę budynku zostawiając za sobą wiecznie wysławiającego swe obelgi krzykacza. W drodze powrotnej do swojego mieszkania skorzystałem z usługi windy... szkoda było czasu na spindranie się po schodach. Korytarze były zupełnie puste i ciemne... jedynie światła lamp wpadały do środka. Moje kroki odbijały się echem od ścian. Po chwili znalazłem się przed drzwiami swojego domu. Pchnąłem je z kopniaka i wpadłem do środka niczym huragan. Światła automatycznie się zapaliły. Wbiegłem do sypialni i położyłem białowłosą na łóżku, a sam pobiegłem szukać kadzidełek, które mogłyby pozytywnie wpłynąć na omdlałą dziewczynę. Znalazłem kilka w swoich zapasach i zabrałem się za szukanie zapałek i dzbanuszków, które mogłyby posłużyć jako pojemniczki na palące się kadzidła. Znalazłem tylko trzy, ale to i tak było lepsze niż nic. Nasypałem do każdego z nich trochę proszku i zapaliłem jedną zapałką. Z dzbanuszków zaczął ulatniać się dym. Przeniosłem wszystkie szklane dzbanki do sypialni i rozłożyłem je w dogodnych miejscach. Sam zabrałem się za sprawdzanie pulsu dziewczynie, który na szczęście był w normie. Nie dziwię się, że zemdlała. Za dużo emocji jak na taką starganą duszyczkę i jeszcze stwór-wybawiciel. O ironio... pewnie sama białowłosa podczas tej całej akcji zastanawiała się czy nie trafiła z deszczu pod rynnę, ale cóż mogłem poradzić... eksperymentów wykonanych na sobie cofnąć nie mogłem. Białowłosa nie miała gorączki co mnie nieco uspokoiło. Jej tętno również było w normie, więc stwierdziłem, że należy czekać do czasu, aż się obudzi i... ucieknie z krzykiem przerażenia na ustach. Opuściłem więc sypialnię przymykając lekko drzwi. Skierowałem się do drzwi i otwarłem je lekko by białowłosa nie zrobiła sobie krzywdy uciekając, wróciłem do salonu i glebłem się na kanapie... nagle zmęczenie wzięło górę, jednak za nim zasnąłem zaglądnąłem do dziewczyny. Podszedłem do łóżka i patrzyłem na jej smutną i spokojną twarz. Skrzywiłem się na wspomnienie widoku jej duszy tym samym kładąc dłoń na jej chłodnym czole. Przez chwilę jej głowa zaświeciła turkusowym światłem po czym owa kulka światła przeniosła się na jej klatkę piersiową i wsiąkła w środek.

-Chociaż tyle mogę zrobić... miej chociaż spokój przez sen, dziecino. - szepnąłem i po cichu wyszedłem z sypialni i jeszcze bardziej zmęczony glebłem się na kanapę, która wcale, a wcale nie była wygodna.



( Inoue? )

poniedziałek, 7 września 2015

Od Stein'a - C.D Yuriko

Nie było mnie ledwo dziesięć minut, a już coś się zaczęło dziać. Tak to jest... jak kota nie ma, myszy harcują. Nie udało mi się zaobserwować całego zdarzenia, ale wiedziałem, że Yuriko mimo psychicznych zapędów, o których zdążyłem się dowiedzieć, nie zaatakowałaby bez powodu i to w biały dzień. Doskonale ją rozumiałem, ponieważ również umiałem nieźle wypalić kiedy ktoś nadepnął na mój czuły punkt. Widocznie ta dwójka przegięła, ale bicie ich prawie na śmierć nie było rozwiązaniem... żadnej z tego radochy, ani tym bardziej pożytku. Mimo to byłem wściekły na dziewczynę, że tak łatwo dała się sprowokować. Poza tym... gdyby się okazało, że mają silniejsze Arcany, to co? Dziewczyna mogłaby na tym nieźle ucierpieć. Jak tylko przywróciłem dziewczynę do trzeźwego stanu:
-Jak możesz nawet w tak perfidny sposób się na nich mścić?! - warknąłem. Dziewczyna patrzyła raz na mnie, raz na dwójkę chłopaków jakby nie wiedziała co ma powiedzieć. Ja na to zareagowałem westchnięciem. Puściłem dziewczynę i spojrzałem na chłopców poprawiając okulary. Mieli średniej sprawności Arcany, które nieco poprawiły ich stan fizyczny... przynajmniej na tyle, aby byli w stanie normalnie się poruszać... chociaż chodzić. Szybko się podnieśli i już mieli uciekać, ale powstrzymałem ich zagradzając im drogę:
-A dokąd to, panowie? Łomot to nie koniec... za nazwanie mnie okularnikiem... - sięgnąłem po pierwszy lepszy pręt, który miałem pod ręką i chyba był to jakiś znak - ... będziecie mieli jeszcze jeden wpierdol. - uśmiechnąłem się w tym swoim znanym " psycholskim " stylu – Liczę do pięciu... raz... - przerażeni nie na żarty zaczęli się cofać do tyłu - ... dwa... - zaczęli uciekać - ... pięć! - i zacząłem ich gonić dzierżąc w dłoni znak drogowy lub coś co owy znak przypominało ( syndrom Shizuo ). Spieprzali, aż się za nimi kurzyło, a ja miałem radochę z gonienia ich. Nie raz próbowałem trafić, w któregoś by jeszcze bardziej ich nastraszyć, ale oczywiście żadnej krzywdy nie miałem w planach im robić. Po może dziesięciu minutach stwierdziłem, że już dostatecznie dostali w kość i można im odpuścić. Postanowiłem wrócić do swojej małej przyjaciółki, która zapewne była nadal w swego rodzaju szoku. Yurkio siedziała na schodach sklepu i bawiła się włosami. Odłożyłem znak na miejsce, podszedłem do niej i usiadłem obok:
-Następnym razem staraj się właściwie dobierać " odwety ". Przemoc tak silna jaką przed chwilą raczyłam zaprezentować nie zawsze jest rozwiązaniem. Czasami wystarczy tylko porządnie kogoś nastraszyć. Uwierz... więcej z tego radochy. - uśmiechnąłem się do nieco zasmuconej dziewczyny. Sięgnąłem do swojej jakże pojemnej kieszeni i wyciągnąłem z niej butelkę soczku i oczywiście swoje niezbędniki – papierosa i zapalniczkę.
-Wiesz, że palenie szkodzi? - spytała biorąc do ręki butelkę.
-Jestem wyjątkiem, który może palić jednego za drugim, a i tak nic mu nie będzie. - uśmiechnąłem się, zapalając.

( Yuriko? U mnie też czasami słabo, ale trza ćwiczyć wyobraźnię xD )

środa, 26 sierpnia 2015

Od Stein'a

Spacerowałem ciemnym i pustym korytarzem. Jedynie księżyc dochodzący do pełni nieco oświetlał ziemię swoim blaskiem. Tyle mi wystarczyło by widzieć co mam pod nogami. Właśnie wracałem z drugiego końca budynku. Jak zwykle musiałem przekazać jakiś projekt i dopilnować tych oszołomów, by nie było drugiej akcji jak ta z Omicronami. Nadal na ciele miałem sporo szwów po nacięciach i bardzo dobrze pamiętałem swoje spotkanie ze " śmiercią ", które nie potraktowałem poważnie... jak zwykle. Żyłem... to było najważniejsze. Życiowa rutyna wróciła i powoli zapominałem o wydarzeniach ostatnich dni. Starałem się oszczędzać sobie stresu, ale czasami nie da się po prostu zachować zimnej krwi. Tak było i wtedy... jak zawsze musiałem się z kimś pokłócić o błahostkę. Nie mogłem powiedzieć, że byłem zły... po prostu ludzka głupota czasami doprowadzała mnie do rozpaczy. Byłem zbyt pobudzony, by zasnąć, dlatego stwierdziłem, że przejdę się na spacer. Często wychodziłem wieczorami. Wtedy zwykle nikogo nie napotykałem po drodze i mogłem w spokoju ducha wędrować uliczkami ulubionego parku. Szum liści był taki kojący i usypiał w mgnieniu oka. Tak było i wtedy... zamiast do swojego mieszkania poszedłem do parku. Tak jak przeczuwałem... nikogo nie było w polu widzenia. Mozolnie spacerowałem ścieżkami parku nie zwracając uwagi na otaczający świat. Świat jakby się zatrzymał. Wszystko stanęło w miejscu... byłem tylko ja i noc. Piękna i tajemnicza noc, która obecnie patrzyła na każdy mój ruch. Uwielbiałem ten stan... sprawiał, że na chwilę odpływałem z obecnego świata. Stawałem się lekki... nic mnie nie trzymało przy ziemi. To wspaniałe, ale niestety... nie trwałe uczucie.
Mój obecny stan przerwały ciche krzyki... jakby kłótnia wielu osób. Znów byłem w realnym świecie i nie wiedziałem za bardzo czy mam ochotę zabić tych co się tak drą czy tylko obciąć im ozory. Nie ma chwili, aby się co nie działo... zawsze kiedy najchętniej zniknąłbym gdzieś pod ziemią. Mruknąłem wściekle i ruszyłem w stronę hałasów. Szedłem skrótem przez trawnik i raczej nie miałem ochoty ukrywać swojej obecności. Moim oczom ukazała się grupa osób, a konkretniej to jakaś grupa " kozaków ", którzy zaczynali do bogu ducha winnej osoby. Nigdy się nie nauczą, że się do niewinnych nie zaczyna. Dźwięki ucichły nieco kiedy wyszedłem z cienia drzew:
-Ej, ludzie... ogar do cholery! Jak chcecie drzeć ryja to może w bardziej ustronnym miejscu, a nie na środku parku. - mruknąłem z wyrzutem – Poza tym... jak szukacie guza to wystarczy, że znajdziecie jakąś inną bandę, a nie kogoś kto nawet was nie zna. - wykręciłem oczami w geście znudzenia.

( Ktoś kto ma czas i chęci bardzo mile widziany :3 )

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Od Stein'a - Do Inoue

Znowu byłem na nogach o późnych porach nocnych. Przyśniła mi się jakaś pierdoła przez co później nie mogłem zmrużyć oka... normalne. Spojrzałem na ekran telefonu, który wskazywał godzinę czwartą nad ranem. Westchnąłem ciężko, wstając z łóżka. Przeczesałem włosy dłonią sięgając po koszulę. Stwierdziłem, że i tak już nie zasnę, więc mogę jakoś spożytkować ten " wolny " czas. Ubrałem jeszcze dżinsy i buty i opuściłem swoje mieszkanie. Postanowiłem pospacerować na świeżym powietrzu. Przy okazji mogłem sobie spokojnie zapalić. Zamknąłem drzwi na klucz i ruszyłem w stronę schodów. Chociaż raz mogłem nie zjeżdżać windą. Szybko znalazłem się na parterze, a potem na zewnątrz. Od razu poczułem przyjemny aromat nocnego powietrza i tą błogą ciszę. Sam dziwiłem się takiemu stanowi rzeczy. Zawsze ktoś kręcił się po nocach. Nie za długo zaprzątało to moją głowę. Mozolnym krokiem ruszyłem w stronę parku, w którym bardzo lubiłem przebywać. Oddychałem spokojnie rozkoszując się tą wszechobecną ciszą, a raczej brakiem nieprzyjemnych dla ucha dźwięków. Szum liści... wiatr poruszający najdrobniejszymi źdźbłami trawy... można by pomyśleć, że wkoło mnie spacerowały duchy. Zdjąłem swoje okulary, które tylko mi teraz przeszkadzały i schowałem je do kieszeni koszuli. Skręciłem w ścieżkę prowadzącą nad staw. Z dala już zobaczyłem odbijający się w tafli wody pół księżyc i odgłosy pływających kaczek. One również nie miały zamiaru dzisiaj spać. W końcu ze ścieżki przeszedłem na chodnik i usiadłem na jednej z ławek niedaleko stawu. Odetchnąłem głęboko kiedy nagle usłyszałem jakiś szmer. Nie odwracałem się za siebie, ale nasłuchiwałem. Po chwili zauważyłem drobny ruch po drugiej stronie brzegu. Bez większego zainteresowania wpatrywałem się w tamtą stronę kiedy w końcu ktoś raczył się pokazać. Jedyne co wyjątkowo rzuciło mi się w oczy to białe włosy, a przynajmniej tak wyglądały z daleka. Były także długie, więc wywnioskowałem, że owa postać była dziewczyną. Podeszła do jednej z ławek i usiadła, ale wyglądała na spiętą. Przyglądałem jej się przez chwilę. Może coś przeskrobała i przez to się denerwowała? Postanowiłem sprawdzić jej duszę i kiedy to zrobiłem bardzo tego pożałowałem. O mało co nie dostałem zawału kiedy zobaczyłem jej duszę, która była w naprawdę opłakanym stanie choć i to było słabym określeniem. W sumie... nic nie było w stanie opisać tego widoku. Dla mnie to było takie uczucie jakbym zobaczył wymordowany sierociniec – straszny widok. Nie mogłem na to długo patrzeć. Pozbyłem się widzenia dusz. Ten obraz był naprawdę straszny. Sam nigdy nie widziałem swojej duszy, ale ona chyba nie wyglądała wiele lepiej. Dziewczyna nagle wstała, rozejrzała się i ruszyła chodnikiem w stronę budynku. Miałem nadzieję, że mnie nie zauważyła. Chciałem poznać jej imię, aby rozejrzeć się po aktach w komputerze. Dowiedziałbym się co nieco na przykład dlaczego jej dusza tak wygląda. Kiedy była na tyle daleko, aby mnie nie widzieć i nie słyszeć wstałem i poszedłem za nią. Dosyć dobrze ją widziałem, ale po chwili ktoś podszedł do dziewczyny. Usłyszałem jakieś krzyki i niezwłocznie przyspieszyłem. Widziałem, że oprawcą był tutaj mężczyzna. Dosyć cherlawy, ale jednak facet. Chyba próbował coś wyłudzić od dziewczyny. Coraz bardziej wkurzał mnie fakt, że posiadacze Arcan za wszelką cenę chcieli się upodobnić do tych poza kopułą. Skoro mieli dar to powinni różnić się od ludzi, no ale... większość próbuje upodabniać się do nich. Mój krok niebawem zmienił się w bieg, kiedy chłopak zaczął szarpać dziewczynę:
-Broń się, cholera jasna. - mruknąłem do siebie. W końcu znalazłem się przy nich. Trąciłem chłopaka, który puścił biało-włosą i odsunął się o parę kroków:
-Masz coś do tej pani? - spytałem.
-A co cię to obchodzi? Może mam, a może nie... - uśmiechnął się szyderczo - ... moja sprawa. Nie wtrącaj się, dziwaku. - prychnął.
-Uważaj na słowa. - mruknąłem – Na razie jestem spokojny, ale moja cierpliwość ma swoje granice. Nie chciałbyś ich przekroczyć. - przestrzegłem chłopaka.
-Tak? - zapytał nonszalancko – No to dajesz. - fuknął mi w twarz. Zaśmiałem się nie odwracając wzroku od jego czerwonych tęczówek. Uniosłem go za kurtkę na co on zaczął się wyrywać:
-Puszczaj! To nie fair! - próbował mnie kopnąć w klejnoty, ale coś mu nie wyszło. Przybiłem go do pobliskiego drzewa i wbiłem dwa skalpele w jego kurtkę. Przygwoździłem go do drzewa z lewej i prawej strony.
-A czy mężczyzna powinien kopać mężczyznę między nogi? To też nie fair. - szepnąłem tak, aby tylko on słyszał i zostawiłem go tak przy tym drzewku ku jego wielkiej wściekłości. Odwróciłem się w stronę dziewczyny, która patrzyła na mnie z lekkim przerażeniem. To w moim przypadku nic nowego... niestety.

( Inoue? )

sobota, 15 sierpnia 2015

Od Stein'a - C.D Neriel

Właśnie skończyłem czytać kolejną część jednej z moich ulubionych książek. Westchnąłem odkładając ją ponownie na półkę. Przeczesałem dłonią włosy i przeszedłem się wkoło kanapy, by nieco rozluźnić zastałe mięśnie i stawy. Sięgnąłem po papierosa i zapalniczkę, podchodząc do okna. Otworzyłem je zapalając. Z pięterka patrzyłem na krzątających się na dole ludzi. Nic zbytnio interesującego... widoki raczej zwyczajne. Po chwili z cienia parkowych drzew wydobyło się coś niesamowitego. W kierunku ośrodka szła jakaś dziwna demonstracja. Jej członkowie byli ubrani w kolory tęczy, a główna przewodnicząca była cała w tęczy. Zaśmiałem się cicho, mówiąc do siebie:
-Czyżby kolejna parada równości?
Nie wyglądało to co prawda jak te typowe strajki, ale mimo to było ciekawym zjawiskiem. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Koniecznie chciałem dowiedzieć się na ten temat coś więcej. Ludzie jak zwykle traktowali to jako jakieś wariactwo, ale dla mnie to był obiekt warty uwagi. Szybko wypaliłem i wybiegłem ze swojego mieszkania. Nie co dzień spotyka się żywą tęczę spacerującą po parku. Zjechałem szybko na parter i udało mi się wpaść na obiekt mojego zainteresowania. Dziewczyna o tęczowych włosach czołgała za sobą kogoś ubranego w same żółte ubrania. Pozostała szóstka szła gęsiego za dwójką dziewcząt, ale po chwili niezauważalnie się zatrzymały wpatrując się w moją osobę. Widać, że również ja zostałem obiektem zainteresowania. Przekrzywiłem lekko głowę... one zrobiły to samo. Zaskakujące. Nagle dwie z nich podeszły do mnie bliżej:
-Nel? Paczaj jaki dziwny pan... ma fajne włoski. - powiedziała dziewczynka przebrana na pomarańczowo.
-I ten kitel... taki znajomy... - zamyśliła się druga dziewczynka przebrana na czerwono.
-Co znowu wymyśliłyście? - spytała przez zaciśnięte zęby. Grupa tęczowych dziewcząt wciąż się we mnie wpatrywała... czułem się jak eksponat w muzeum.
-A to ci niespodzianka... a ja myślałem, że to wy będziecie moim obiektem zainteresowania. - pogłaskałem dwie bliźniaczki po główkach na co zareagowały jak koty. Nagle do naszej grupki podeszła pozostała dwójka.
-Przepraszam pana za nie... mają trochę niewyparzone buźki i mówią co im ślina na język przyniesie. - spojrzała na nie karcącym spojrzeniem.
-Nic się nie stało. - uśmiechnąłem się życzliwie – Bardzo cenię szczerość. Poza tym... nie co dzień można spotkać żywą tęczę. Dosyć ciekawe zjawisko.
-Pan nie mniej jest ciekawy. - powiedziała mierząc mnie od stóp do głów – Jestem Neriel. - wyciągnęła dłoń w moją stronę.
-Miło mi poznać. Jestem Franken Stein, ale najczęściej mówi się na mnie po prostu Stein. - odpowiedziałem oddając uścisk.
-Coś mi dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele... znajome nazwisko. - zamyśliła się – Nieważne. Pragnę panu przedstawić moje siostry. Shion, Mion, Satoko, Greenda, Touka, Rika i Hanyuu. - wskazywała w kolejności kolorów tęczy. Każda z nich przywitała się na swój sposób.
-Bardzo miło mi was poznać. W sumie... taki miałem plan, ale nie wiedziałem, że pójdzie tak dobrze. - zaśmiałem się.
-Tak... rzucamy się nieco w oczy. - Neriel podrapała się po karku starając się ukryć rumieniec.
-To nic złego. Jestem pewien, że zaskakujecie ludzi w pozytywny sposób. Nie wiem czy ja jako dziwak mam takie dziwne rozumowanie, ale bądź co bądź jesteście dość interesującym zjawiskiem. - stwierdziłem.

( Neriel? Pisałam to 10 minut ;_; )

piątek, 14 sierpnia 2015

Od Stein'a - C.D Yuriko

Po ostatnim spotkaniu z dziewczyną nie spotkałem jej ani raz... nawet jej nie widziałem. Nie wyglądała na wystraszoną, dlatego też byłem zdziwiony urwanym kontaktem. Stwierdziłem, że dostała reprymendę od brata i nie może wychodzić z domu. Uznałem, że jeszcze kiedyś mnie odwiedzi jak tylko będzie miała do tego sposobność. Zająłem się własnymi sprawami kompletnie zapominając o dziewczynie. Ubrałem się do wyjścia i opuściłem swoje mieszkanie. Zjechałem windą na parter i wyszedł z budynku. Od razu odetchnąłem świeżym wiosennym powietrzem. Rozejrzałem się widząc tu i ówdzie spacerujących ludzi. Widać było, że wszystkim odpowiadała taka piękna pogoda. Słońce przyjemnie przygrzewało, a ptaki wesoło śpiewały rozgrzewając gardełka na swoje małe koncerty. Z południa wiał przyjemny wiaterek. Przymknąłem oczy oddając się na chwilę temu przyjemnemu uczuciu i ruszyłem w stronę parku nad jeziorko popatrzeć na kaczki ( Stein będzie głaskał kaczuszki :v ). W cieniu drzew było jeszcze przyjemniej niż na otwartej przestrzeni. Spacerowałem sobie wkoło jeziorka patrząc na lśniącą taflę kiedy nagle ktoś zarzucił mi ręce na szyję:
-Dawno się nie widzieliśmy, prawda Stein? - zapytała śmiejąc się. Po głosie i wyglądzie duszy stwierdziłem, że musi być to Yuriko. Jej wątłe ciało przyciągnęła mnie do ziemi. Widać, że miała dobry humor.
-No... trochę zeszło. - uśmiechnąłem się poprawiają okulary. Dziewczyna puściła mnie i z uśmiechem spojrzała na taflę wody:
-Co tutaj porabiasz? - zwróciła się do mnie.
-A nic ciekawego... spaceruję. - ruszyłem dalej.
-Nie masz żadnych zajęć? - spytała zdziwiona.
-Samą pracą nie można żyć... sam nie wierzę, że to mówię. - westchnąłem.
-No racja. - pokiwała głową.
-A u ciebie działo cię coś ciekawego? Czemu tak długo mnie nie odwiedzałaś?
-Aaa... drogi zapomniałam. - zawstydziła się – Tylko wychodziłam z twojego mieszkania, ale później już się gubiłam... - zaczęła bawić się palcami. Pogłaskałem ją po głowie.
-No już, już... nic się nie stało. Tak tylko pytałem. Nie stresuj się tak. - skręciłem w jedną z uliczek i usiadłem na ławeczce przy jeziorku. Obok mnie usiadła Yuriko patrząc z chęcią mordu na pływające po stawie kaczki.
-No, bestio... nie czaj sią tak na te biedne kaczki. Szkoda niszczyć taki piękny dzień zakrwawioną wodą. - odchyliłem głowę do tyłu.
-Nudzi mi się... - wyjęczała.
-Widzę, że jesteś jedną z tych, które niechętnie siedzą w jednym miejscu. - westchnąłem – Możemy zagrać w grę.
-A jaką? - spytała z ciekawością.
-" Oko otwarte szeroko "... znasz taką zabawę? - dziewczyna pokiwała przecząco głową.
-Zabawa polega na tym, że szukasz jakiegoś obiektu, mówisz jakiego jest koloru, a ja mam zgadnąć co masz na myśli. Taki przykład... ławka po drugiej stronie stawu jest żółta, więc mówię tak... " Moje oko otwarte szeroko widzi coś żółtego ". Ty masz zgadnąć o co mi chodzi. Łapiesz? - dziewczyna z radością pokiwała twierdząco głową – To zaczynaj.
-Moje oko otwarte szeroko widzi coś... - rozejrzała się wkoło - ... zielonego. - uśmiechnęła się na co się zaśmiałem.
-Tu prawie wszystko jest ziolone. - stwierdziłem patrząc na drzewa, krzewy, trawę i niektóre ławki.
-To zgaduj. - wzruszyła ramionami nie tracąc uśmiechu z twarzy.
-Hmm... - rozejrzałem się uważniej – Czy to są błyszczące zielenią szyjki kaczek? - doszedłem do wniosku, że dziewczyna nie wybierze czegoś tak pospolitego jak trawa czy drzewa. Wcześniej pożerała te kaczki wzrokiem, więc miałoby to sens.
-Tak! Brawo. - ucieszyła się – Teraz ty.
-Moje oko otwarte szeroko widzi coś... niebieskiego...
-Niebo... niebo jest niebieskie. - powiedziała odchylając głowę do tyłu. I tak wyglądała nasza dalsza zabawa, ale z czasem zaczęło brakować obiektów zainteresowania.
-Moje oko otwarte szeroko widzi coś... - i tu Yuriko urwała szukając wzrokiem czegoś co jeszcze nie było wymienione. Spojrzała na moją kieszeni i zajrzała do niej -... widzi coś niebieskiego w biało-brązowe kotki. - zachichotała.
-Móje etui na okulary. - odpowiedziałem wyciągając pudełko z kieszeni. I tak zaczął się etap kiedy to wyciągnąłem wszystko co miałem w kieszeni i to służyło nam za obiekty do zabawy. Jednak i te rzeczy musiały się kiedyś skończyć.
-Moje oko otwarte szeroko widzi coś... - zamyśliła się starając się znaleźć jakiekolwiek punkt zaczepienia, aż w końcu rozpromieniła się - ... zielonego. - skrzywiłem się nieco.
-Już mówiłaś.
-To inaczej... moje oko otwarte szeroko widzi coś oczojebnie zielonego. - uśmiechnęła się triumfalnie. Zamyśliłem się przez chwilę po czym stwierdziłem, że za cholerę nie zgadnę.
-Poddaję się. - westchnąłem.
-Twoje oczy... chodziło mi o twoje oczy. Są takie fajne... nie przyjrzałam się wcześniej, albo... te cholerne binokle mi w tym przeszkadzały. - powiedziała ściągając mi z nosa okulary – No i widzisz! Teraz doskonale widać ich oczojebność. - nie chciałem nic mówić, ale bez okularów byłem ślepy jak kret... przynajmniej w dzień. W nocy wszystko widziałem bez okularów... moje oczy były dziwne. Zamrugałem parę razy starając się nieco wyostrzyć sobie obraz, ale nic to nie dało... taki głupi odruch.

( Yuriko? )

[QS Team 1] Od Stein'a - C.D Rene

Nie miałem co liczyć na zbliżenie się do Ace'a. Zaraz jak tylko przysypał go gruz, w celu obrony znów zastosował swój niezawodny wybuchający dym. Jeden niewłaściwy ruch w tej czarnej, smolistej masie i już po nas. Czego się po nim można było spodziewać? W sumie... wszystkiego. Jedno było pewne – walką mu nie zaszkodzimy, zaś nasze Arcany mogły go jedynie osłabić. Tak jak już było wspomniane... nie był taki sam jak jego " koledzy ", którzy bardziej zasługiwali na miano robotów niż ludzi. Ich dwójka miała jedynie kilka ludzkich genów, ale nie posiadali żadnych uczuć ani też nie potrafili wyciągać wniosków. Na początku myślałem, że będziemy mogli łatwo to wykorzystać i w pokojowy sposób załatwić całą sprawę, ale niestety... przeliczyłem się choć nie byłem tego do końca taki pewny. Kiedy ukryłem się będąc rannym miałem sporo czasu, aby się zastanowić nad pewnymi rzeczami. Walka z Ace'm dała mi sporo do myślenia. A później jeszcze ta akcja z tą rzeźbą tylko utwierdziła mnie w moich przekonaniach. Ace bardzo dziwnie się zachowywał, ale wtedy było to mało istotne. Najbliższy teren pokrył się tym wybuchającym dymem. Musieliśmy się ukryć lub usunąć ten cholerny dym. Druga opcja wydała się najbardziej możliwa. Żeby się jakoś uchronić przed zabójczym pyłem musielibyśmy albo wspiąć się na jakąś sporą wysokość lub pod ziemię, a na to nie było czasu. Coraz bardziej mnie to męczyło i chciałem to skończyć jak najszybciej... o ile to było możliwe. Miałem już pewne podejrzenie co do sposobu na " pokonanie " Ace'a, ale zrezygnowałem z informowania o tym mojej ekipy. Nie wiedziałem jak mogliby na to zareagować, więc wolałem zachować to dla siebie. W razie gdyby nie wypaliło zginąłby tylko ja choć nie widziało mi się umierać.
W tym Omicronie zauważyłem dziwne zachowanie wobec ludzi. Inni widzieli w tym tylko ataki i chęć mordu, ale ja zauważyłem coś jeszcze... w jego oczach widziałem iskrzącą podczas walki z nami nienawiść, która z niczego się nie bierze. Ludzie nienawidzą innych z różnych powodów... przez krzywdę, przez inną wiarę, ale głównie przez zazdrość, której doświadczył każdy człowiek. W mniejszym lub silniejszym stopniu, a czasami nawet nie świadomie... zazdrość to najgorszy i najbardziej zaraźliwy grzech jaki zna świat. Według mnie to właśnie ta zazdrość i rodząca się z niej nienawiść były powodem całego tego zamieszania. Ludzkie odczucia i emocje to naprawdę czarna magia, ale jak wszystko... mają one swój schemat, który z czasem można pojąć. Chciałem spróbować jakoś porozumieć się z Omicronem. Nie wiem czy to by coś dało, ale na pewno był to lepszy plan niż próby walki, która nijak nam nie szła.
Kiedy moi wspólnicy zajęli się pozbywaniem czarnego pyłu, ja jako cień po prostu zniknąłem. Snułem się po ziemi i ścianach budynków... byłem jak duch. Smolisty cień niczym z horroru towarzyszył mojej niewidzialnej powłoce. Drogę oświetlały mi świecące turkusem oczy. Słyszałem nieco osłabiony charkot, ale nie mogłem wypatrzyć postaci Ace'a. Nagle w ścianę, po której sunęła figura mojego cienia trafił zaostrzony, kamienny grot. Odwróciłem się w stronę, z której przyleciał i zauważyłem rozwścieczonego Omicrona. Był bardziej zniszczony niż można było przypuszczać. Zarysowania na zbroi, poszczępione uszy i rany na ciele, ale jego skuteczność ani trochę nie spadła... jego buntownicze humorki również nie uległy zmianie:
-To znowu ty. Widzę, że ci spieszno do śmierci. - zaśmiał się – Ty na prawdę jesteś szalony.
-Nie mniej niż ty. - mruknąłem nagle pojawiając się za nim. Zamachnął ręką, ale ja już zdążyłem zniknąć.
-Jaki teraz macie plan? Chcecie mnie zmęczyć? Ha! Ja się nie męczę. - powiedział pewnie. Natarł na mnie próbując atakować mój cień, który przed każdym atakiem zwinnie uciekał choć nie musiał, bo i tak nic by mi się nie stało.
-Nie mamy już żadnego, ale... co cię to obchodzi czy mamy jakiś plany czy nie? Czyżbyś się o nas martwił? - zakpiłem.
-O was... chyba śnisz! - uderzył pięścią w ścianę. Zaśmiałem się pojawiając się za jego plecami.
-Czy widok ludzkiej krwi sprawia, że czujesz się wyższy? Czy krzywdzenie żywych istot sprawia ci przyjemność? - spytałem pojawiając się raz przy jego uchu, a raz za jego plecami. Ace machał rękami starając się mnie pozbyć, ale teraz nie miałem swojej cielesnej powłoki, więc mógł próbować do woli.
-Co to za głupie pytania mi zadajesz? - spytał wściekły.
-One są głupie dla ciebie dlatego, że nie znasz na nie odpowiedzi. Typowo ludzkie zachowanie. - wzruszyłem ramionami znikając pod ziemią – A wiesz co... we mnie siedzi taki jeden co uwielbia patrzyć na to jak cierpię i jak krzywdzę innych, ale on nie jest człowiekiem. Za to ty... ty mimo, że masz najwięcej z człowieka to zachowujesz się prawie tak samo jak ten potwór, który siedzi w mojej głowie. Czy tego właśnie chcesz? Chcesz być potworem gorszym niż ci, którzy was stworzyli? - spytałem krążąc wokół jego zdziwionej twarzy.
-Zamknij się! - wrzasnął wściekle i próbował przyłożyć mi w twarz. Zaśmiałem się czując, że wreszcie znalazłem jego czuły punkt.
-No racja... powiesz... skąd się wzięła twoja nienawiść do ludzi? Z krzywdy jaką ci wyrządzili czy może... z zazdrości? Hmm? - spytałem skacząc tu i tam. Czułem, że już długo nie wytrzymam w tej formie. Poprzednia walka z nim nieco wyprała moje siły. Fizycznie jeszcze byłem w stanie coś zrobić, ale moje moce słabły. Mimo to chciałem spróbować jakoś dogadać się z Ace'm... nie chciałem go krzywdzić.
-Niczego wam nie zazdroszczę! Jesteście słabi! Nie możecie dorosnąć mi nawet do pięt! - zaśmiał się pewnie.
-Ach tak? Jasne... już ci wierzę. - zakpiłem już ledwo trzymając swoją cieniową formę – Nie zazdrościsz nam tego, że możemy kochać, przebaczać czy rozumieć innych? Ciekawe. A co czułeś kiedy siedziałeś sam w swojej ciemnej celi? Samotność, gniew, smutek, rozpacz, żal... - wtedy poczułem uścisk jego dłoni na swojej szyi. Moja moc się wyczerpała. Zacisnąłem ręce na jego nadgarstku starając się zwolnić uścisk. Z trudem próbowałem łapać oddech. Spojrzałem głęboko w smutne oczy Ace'a, w których pojawiły się łzy. Zaczęły powoli spływać po jego sinych i posiniaczonych policzkach.
-Tak! Masz rację, ale co z tego? Zaraz zginiesz i nikt się o tym nie dowie. - uśmiechnął się złowieszczo – Jakieś ostatnie słowa? - spytał kpiąco zaciskając się coraz bardziej na mojej szyi. Skrzywiłem się czując, że już brakuje mi tlenu.
-No tak... zapomniałem. Ty już nic nie możesz mówić. - mruknął unosząc jeden z kącików swoich ust do góry. Wtedy zdobyłem się tylko na uśmiech. Omicron zdziwił się nieco, zwalniając uścisk.
-I z czego tak się cieszysz? Przecież zaraz umrzesz.
-Bo ludzie muszą w coś wierzyć, by nie bać się śmierci. Ja uporczywie w coś wierzę i dzięki temu śmierć z twojej ręki nie jest dla mnie straszna. - odpowiedziałem ostatkiem sił. Uśmieszek zniknął z twarzy Omicrona. Puścił mnie wystraszony i odsunął się ode mnie jak od trendowatego. Ledwo trzymałem się na nogach. Oczy Ace'a wypełniły się łzami. Osunął się na kolana i schował twarz w poranionych dłoniach. Nagle charkot ucichł i wydawał się teraz bzyczeniem szerszenia. Napięte ciało Ace'a rozluźniło się nieco i było słychać jego ciężki oddech. Zrobiło mi się go tak strasznie żal. Co oni zrobili? Do czego jeszcze posuną się naukowcy, by zaspokoić swoje pragnienie odkrywania? I pomyśleć, że kiedyś byłem taki sam jak oni... nie przejmowałem się tym co czują inni, tylko własnymi niezaspokojonymi pragnieniami. W moich uszach rozległ się jego przeraźliwy szloch:
-Kim ja jestem? - pytał się ciągle.
-Takim zachowaniem nie pokażesz, że jesteś człowiekiem, ale teraz... - resztkami sił uklęknąłem przy nim i przytuliłem się do niego - ... spokojnie. - szepnąłem. Przejechałem dłonią wzdłuż jego kręgosłupa i poczułem jak jego mięśnie się rozluźniają. Na jego ciele pojawiły się szwy. Próbowałem resztką siły swojej duszy uleczyć jego zniszczoną do granic możliwości duszę, która już powoli znikała. Poczułem lekki powiew wiatru. Nagle wszystko stawało się coraz bardziej widoczne, a powietrze czystsze. W mojej głowie echem odbijały się znajome głosy:
-Stein! Stein!
-On chyba nie żyje...
-Spójrzcie na Ace'a!
-To mi się chyba śni...
Dopiero wtedy się zorientowałem, że nie oddychałem przez jakiś czas. Zakrztusiłem się próbując nadrobić braki tlenu w płucach. Odsunąłem się od Omicrona i kątem oka spojrzałem na zdziwioną drużynę... nie liczyłem na to, że ponownie ich zobaczę. Jeszcze nigdy nie wykorzystałem tak wielkiej ilości siły własnej duszy... możliwe, że tu właśnie kończyła się moja wytrzymałość. Ace chwiejnym krokiem wstał, podszedł do Rene, który odsunął się od niego gwałtownie... wszyscy myśleli, że nadal jest zły, ale kiedy rzucił się na Rene po to, aby się przytulić, oniemieli. Ja tylko patrzyłem przed siebie czując jak życie ze mnie upływa. Oczy zalała mgła, ciało kompletnie straciło oparcie. Poczułem jak coś wypływa mi z ust. Poczułem metaliczny smak krwi w ustach. Po chwili już zobaczyłem tylko bezkresną ciemność... któreś z nas musiało zginąć... dla zasady.

( Teamie ;> Macie tutaj Ace'a po " resocjalizacji " :3 Tylko zaprowadzić do domciu i git xD Tavv mnie zabije za to opowiadanie, ale ciii... )

piątek, 7 sierpnia 2015

Od Stein'a - C.D Yuriko

Ech... to niestety była typowa reakcja wielu osób, ale nie specjalnie mi to przeszkadzało. Samo to, że byłem łudząco podobny do słynnej postaci z horroru jest śmiechu warte, a co dopiero fakt, że również tak się nazywam. Przeszłość robiła swoje... niestety.

-O ironio... - wydusiła z siebie dziewczyna starając się złapać oddech - ... tyle już tu jestem, a nie usłyszałam o tobie chociażby wzmianki. Jak to jest, że ktoś taki jak ty nie szczyci się sławą? - zapytała zaciekawiona.

-Może to dlatego, że o tą sławę nie zabiegam. Poza tym... wszystko z czasem się nudzi, więc i o mojej " wyjątkowości " się zapomina. Przecież nie jestem jedyną interesującą osobą w tym ośrodku. Gdybyś uważnie poszukała na pewno znalazłabyś kogoś o niebo lepszego ode mnie. - uśmiechnąłem się, głaskając dziewczynę po głowie. Na tą pieszczotę zareagowała niczym kot. Yuriko była jedną z tych ciekawszych osób goszczących w murach Rimear. Jej nagła zmiana nastawienia do mnie, zdziwiła mnie. Nie wyglądała na osóbkę w pełni zdrową na umyśle, ale najczęściej to właśnie ci chorzy na głowę są najciekawsi. Potrafią pokazywać wiele swoich twarzy i zachowań co tylko nadaje uroku ich osobowości, czyż nie tak? W każdym razie... lepsze to niż ciągłe siedzenie samemu w czterech ścianach... uwierzcie... to już jest do znudzenia.

Dziewczyna patrzyła na mnie z lekkim ogłupieniem. Może ona również była jedną z tych osób, które rzadko kiedy nawiązują z kimś kontakty i nie wiedzą o pewnych rzeczach? Możliwe... nawet bardzo. Łokciem włączyłem wentylację na tryb zasysania. Nie chciało mi się znowu wypalać przy oknie, ale i tak uchyliłem jedno z nich w salonie, by świeże powietrze dalej pozostało w mieszkaniu. Bez wahania zapaliłem kolejnego papierosa przypominając sobie o zasadach kultury osobistej:

-Chcesz może coś do picia? - zapytałem dziewczyny, która podążała za moją osobą jak cień.

-Hmm... masz mleko? - zapytała z nadzieją.

-I ciastka? Jasne. - odpowiedziałem idąc w stronę kuchni. Dziewczyna uśmiechnęła się radośnie, ruszając posłusznie za mną. Wygrzebałem z lodówki karton mleka zaś z szafek obok również paczkę Piegusków, talerz i kubek z wizerunkiem pieseła. Wszystko to ułożyłem na stole przypominającym mały bar. Dzięki temu miałem widok na salon. Po drugiej stronie usiadła Yuriko, wdrapując się na dość wysokie krzesło. Do kubeczka nalałem dziewczynie mleka, a ciastka ułożyłem na talerzyku w artystyczną wieżyczkę. Dziewczyna machała radośnie nóżkami popijąc napój z kubka i zajadając cię ciastkami. Co chwila na jej wargach pojawiały się wąsy z mleka, na których widok mimowolnie się uśmiechałem.

-Ładnie mieszkasz. - powiedziała przyglądajac się kuchni i salonowi z tyłu – Sam się urządzałeś?

-Nie. Przydzielili mi takie mieszkanie, a ja tylko mam tu swoje rzeczy, sprzęty i zabawki. - uśmiechnąłem się na myśl o wszystkich swoich przyrządach do sekcji, które już od jakiegoś czasu kurzyły się gdzieś w kantorku, ale mimo to wcale nie miałem ochoty z nich ponownie korzystać... przynajmniej w najbliższym czasie.

-Tak myślałam. Gdybyś urządzał się sam nie sądzę, aby to miejsce wyglądało tak zwyczajnie. - oczywiście to wyznanie dziewczyny uznałem jako komplement. Gdyby tylko widziała mój dom na obrzeżu miasta... oj zdziwiłaby się. To było prawdziwe dzieło sztuki... i nie tylko. Idealne miejsce na kręcenie horroru.

-Mój dom w mieście wygląda o niebo lepiej, ale nie narzekam. Tu również da się żyć. - wzruszyłem ramionami – W sumie... MY jako " eksperymenty ", " projekty "... what ever, nie mamy aż tak źle jak mogłoby się to wszystkim wydawać. Widziałem miejsca dużo gorsze od tego... tam słowo człowiek, życie czy uczucia nie istnieją. - westchnąłem na wspomnienie o niezbyt przyjemnych wycieczkach do innych krajów... oczywiście wyjazdów służbowych. Głównie wymiany i takie tam... ze dwa lata wstecz.

-Tak myślisz? Hmm... - zamyśliła się.

-Tak. - odpowiedziałem pewnie – Niektórzy mieszkańcy Rimear byli wcześniej zwykłymi bezdomnymi albo byli wysiedleni, wydziedziczeni, wypisani z jakiejś tam listy " ludzi " i ich życie nie było za kolorowe, powiedzmy sobie szczerze. Teraz mają dach nad głową, jedzenie, pieniądze, luksusy. Za co? Za to, że czasem dadzą sobie coś wstrzyknąć lub pozwolą się uśpić. Naukowcy raczej szanują swoją pracę i wynalazki, więc nie pozwolą, aby poszło to na marne. - czy miałem na myśli szacunek doktorków do nas jako do projektów? Może po części... sam nie wiem. Może po prostu nie chciałem sobie za bardzo obrzydzać życia tutaj, jak robią to inni. Nie mówię, że jest tu jakiś raj, ale piekła też nie było... nie przesadzajmy. Dziewczyna na te słowa tylko patrzyła na mnie ze zdziwieniem. Mogła się jeszcze nie spotkać z takim podejściem, więc jej zaskoczenie nie zbyt mnie dziwiło.

-A masz tu może jakiś znajomych czy coś? - zapytałem z ciekawości.



( Yuriko? )

czwartek, 6 sierpnia 2015

Od Stein'a - C.D Egostle

Przetarłem wierzchem dłoni tablicę nagrobka, na którym teraz wyraźnie było widać zdjęcie młodego mężczyzny, a raczej... chłopaka. Spirit zmarł mając zaledwie 17 lat... miał przed sobą całe życie, ale jak widać nie dane mu było żyć. Czy mówię o tym z łatwością? Nie... z każdą myślą o nim mam ochotę ze sobą skończyć, bo w końcu... osoba, która pozbawiła drugą osobę życia sama również powinna zostać go pozbawiona, czyż nie tak? Jednak jakie byłoby jego zdanie? Z pewnością zdzieliłby mnie miotłą lub rondlem nawet za samą taką myśl. To jedyne trzymało mnie przy życiu... jego zdanie. Znałem go długo i wiedziałem, że nie pochwalałby takiego toku myślenia. Poza tym... kto by go wtedy odwiedzał? Gdybym nawet umarł to i tak byśmy się nie spotkali. Spirit siedział gdzieś tam u góry, a moje miejsce było na dole... jeśli istniało coś takiego jak to duchowe " niebo " czy " piekło ". Podobno to my sami tworzymy dla siebie pośmiertny świat, ale ile w tym prawdy? To wiedział już tylko on:
-Och... Spirit-senpai. - westchnąłem – Dawno mnie tu nie było... zaniedbałem cię troszkę. Wybacz mi, proszę. Dzisiaj kogoś przyprowadziłem. To jeden z moich znajomych. Ma na imię Egoistle. Fajne imię, nie? Słyszałeś kiedyś podobne? Na pewno... miałeś przecież dużo znajomych. Ktoś tu do ciebie czasami przychodzi? Mam nadzieję, że tak. Smutno by ci było jakby najbliżsi o Tobie zapomnieli, ale ja nie zapomnę... nigdy, nawet jak umrę. - uśmiechnąłem się – Ja się będę już zbierał. Jutro też wpadnę. Tylko nie bądź zazdrosny o Egoi, bo zazdrość również piękności szkodzi. - szepnąłem i wstałem od grobu. Odwróciłem się w stronę chłopca, o którego nieco się martwiłem. Mógł dziwnie zareagować na moje " nietypowe " zachowanie. Tak, byłem świadom tego, że zachowywałem się dziwnie, ale wcześniej nie martwiłem się, że będzie to komuś przeszkadzać. Przychodziłem na cmentarz sam i w późnych porach... kiedy nikogo nie było. Nieraz zdarzało się, że siedziałem przy grobie do rana i nie wiele osób wiedziało, że można mnie tu znaleźć. Egoi jako pierwszy i jedyny widział mnie tutaj w takim stanie... zacząłem żałować, że go tu zabrałem. Tylko mu ty sprawiłem przykrość. I jeszcze ta nastrojowa muzyka, która jeszcze bardziej go dobiła. Jego oczy lśniły od łez, a nadmiar tych łez spływał mu nadmiernie po czerwonych od mrozu policzkach.
" Cholera... " - przemknęło mi przez myśl. Jak ja się powinienem zachować? Kurde... myśl Stein... co ludzie robią w takich sytuacjach? Skrzywiłem się nie mogąc sobie przypomnieć czegokolwiek. Westchnąłem prawie niesłyszalnie i zbliżyłem się do Egoi. Ściągnąłem rękawiczki i przetarłem twarz chłopca ciepłą dłonią. On tylko coraz częściej pociągał nosem, który był czerwony jak pomidor. Żadne inne rozwiązanie tej niekomfortowej sytuacji nie przyszło mi do głowy:
-Czemu płaczesz? - spytałem łagodnie wyłączając urządzenie, które nadawało tak smutny nastrój.
-Bo mi przykro. - wyjąkał – Nie wiesz czemu ludzie płaczą? - spytał nieco zdziwiony.
-Tylko w teorii... ludzkie odczucia i emocje to raczej nie mój konik. - przyznałem. Chłopak się nieco uspokoił, ale z jego oczu dalej leciały łzy. Patrzył ze smutkiem na grób:
-Czemu jesteś smutny? Przecież to nie twoja sprawa, więc nie powinieneś czuć żalu. - stwierdziłem przyglądając się fotografii na grobowej płycie.
-Rzeczywiście... nie wiesz za wiele o ludziach. - wyjąkał pociągając nosem – Nie każdy człowiek cieszy się widząc cierpienie drugiej osoby. - wyszeptał. Prawie opadła mi szczęka jak to powiedział. No proszę... nie spodziewałem się usłyszeć takich słów z jego ust. Cierpienie? Hmm... rzecz problematyczna i trudna, ale dobrze mi znana już od paru lat. Na szczęście w mojej głowie pozostały te nie liczne dobre wspomnienia z czasów dzieciństwa, które pozwalały mi przetrwać. Heh... ktoś kiedyś powiedział, że życie to nie bajka.
-Miał naturalnie czerwone włosy? - spytał chłopak po dość długiej ciszy. Spojrzałem na niego kątem oka zauważając jak z rozżaleniem patrzy na nagrobne zdjęcie Spirita.
-Tak... - odpowiedziałem.
-Ten szalik, który masz na sobie... ma podobny kolor jak jego włosy. - stwierdził Egoi oczekując jakiegoś wyjaśnienia.
-Bo to był jego szalik. Ten co ty masz... jest mój, a ten, który mam ja... należał do niego. - odpowiedziałem wtulając twarz w materiał. Dalej czułem zapach poprzedniego właściciela, a może to było tylko moje urojenie? Westchnąłem i ruszyłem do drogi powrotnej. Po paru krokach zatrzymałem się nie słysząc za sobą żadnych odgłosów. Odwróciłem się i zobaczyłem chłopaka klęczącego przy nagrobku. Zdziwiłem się, że AŻ tak się tym przejął. Nie znałem go długo, więc możliwe iż nie wyczułem jego czułych punktów związanych z jego emocjami. Przejechał dłonią po napisach wyrytych na kamieniu i zaraz potem wstał, otrzepał śnieg z kolan i mozolnym krokiem ruszył w moją stronę. Coraz gorzej czułem się z faktem, że aż tak popsułem mu humor. Przecież moje cierpienie nie było jego sprawą, więc czemu czuł żal? Czemu w jakikolwiek sposób się tym przejmował skoro nawet nie znał Spirita? I czemu, do jasnej cholery nie znam odpowiedzi na te wszystkie pytania? No i tu mamy przykład jak plany przyjemnego spaceru mogą zmienić się drastycznie w scenerię rodem z telenoweli, ale... kto normalny wybiera cmentarz na miejsce do spacerów? Tylko ja byłem takim dziwakiem. Chłopak podbiegł do mnie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Nim zdążyłem się zorientować moja dłoń znalazła się w uścisku Egoi. Splótł nasze palce i zbliżył się do mnie nieco. Jakoś mu się nie opierałem. Skoro miało go to uspokoić i pozwolić zapomnieć... niech robi co chce. Z tego spaceru wyciągnąłem dwa wnioski.
Wniosek nr 1: Spacer po cmentarzu to zły pomysł... szczególnie jak kogoś ze sobą bierzesz.
Wniosek nr 2: Kiedy dwie osoby trzymają się za ręce, jest im o wiele cieplej niż w rękawiczkach. Przeczy to prawom fizyki, ale zostało udowodnione.

~~~

Droga powrotna upłynęła nam w ciszy. Nawet Egoi nie śmiał puścić jakiejś melodii, która mogłaby nieco rozluźnić atmosferę. Miałem tylko nadzieję, że nie potraktuje tego " spaceru " jak jakiegoś odstraszacza. Mówię... jestem istnym debilem jeśli chodzi o typowo ludzkie odruchy czy też ich dziwne odchyły. Jedyne co wiedziałem o ludzkiej rasie to anatomię, reakcję ciała na różne bodźce i takie tam pierdoły, którymi mógłby pochwalić się sam Dr House. On chociaż zna się trochę na ludziach i niekiedy przewiduje ich cele czy też reakcje, a u mnie to był poziom poniżej zera.
Znów znaleźliśmy się na terenie Rimear i znowu ta pustka. Na uliczkach, w parku czy chociażby na balkonach nikogo nie było. Wyparowali wszyscy czy jak? Może wszystkim się pomylił dzień z nocą? W sumie... teraz to było mi już wszystko jedno. Chciałem wrócić do domu i po prostu zasnąć... spać najdłużej jak się da. Otworzyłem drzwi do budynku i skierowałem nas do windy. Nacisnąłem na odpowiedni numerek i urządzenie zaczęło wjeżdżać na piętro. Egoi ani trochę nie zwalniał uścisku, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. W końcu znaleźliśmy się na moim piętrze. Skierowaliśmy się w stronę mojego mieszkania. Już w drodze zacząłem szukać klucz w prawej kieszeni. Na szczęście kluczy raczej nie gubiłem. Wyciągnąłem plik szukając odpowiedniego klucza do zamka drzwi. Egoi dopiero wtedy puścił moją dłoń. Otworzyłem drzwi i już miałem zaprosić chłopca do środka, ale nikogo na korytarzu nie zauważyłem. Gdzie on...? Co on...? Jak? Kurde... wyparował. Posmutniałem wzdychając ciężko. Wszedłem do mieszkania w jeszcze gorszym nastroju. Rozebrałem się szybko z płaszcza i butów. Szalik oczywiście odłożyłem ostrożnie na przeznaczone mu miejsce. Bez namysłu wszedłem do sypialni i rzuciłem się na swoje łóżko zawijając w koc po samą głowę:
-Stein... ty debilu! - mruknąłem do siebie – Dzieciak będzie miał teraz przez ciebie traumę do końca życia! Możesz być z siebie dumny. Stein... jesteś złym człowiekiem. - stwierdziłem -Ych... czemu ja się tym tak przejmuję? - zapytałem sam siebie po czym podniosłem się do pozycji siedzącej – Przecież znam go jeden dzień... to nie koniec świata. Jeśli cię znienawidzi... trudno. - powiedziałem próbując się jakoś ogarnąć. Takie zachowanie było dla mnie nietypowe. Owszem... byłem nadopiekuńczy w stosunku to osób, które wydawały mi się w pewnym sensie słabsze, ale nie przejmowałem się nimi aż tak, żeby się tak dziwnie zachowywać. Zaczynało mi się udzielać od tych bardziej normalnych. Co mogłem w tej chwili zrobić? Oczywiście zapalić. Najlepszy antydepresant. Otworzyłem wszystkie okna z sypialni i paliłem... jednego za drugim. Do wieczora wypaliłem z dziesięć paczek. Jakoś nie mogłem zdobyć się na robienie czegoś pożyteczniejszego. Na zewnątrz zrobiło się jeszcze ciemniej. Wtedy dopiero postanowiłem wstać i coś ze sobą zrobić, ale jedyne co przyszło mi do głowy to wieczorna toaleta i lulu. Gdzieś tam jeszcze wepchnąłem sprzątanie i dokładne wietrzenie sypialni. Przed kąpielą otworzyłem okna i drzwi w każdym pomieszczeniu, by zrobił się przeciąg. Po wyjściu z łazienki tylko w sypialni pozostał stan wietrzenia. Zrobiłem porządek w pokoju, bo co jak co, ale w takich warunkach spać się nie dało. W pomieszczeniu było cholernie zimno, ale jakoś nie zwróciłem na to większej uwagi. Po niecałych dziesięciu minutach w końcu znalazłem się w łóżku i zaraz po tym zasnąłem.

Jasne niebo ... praktycznie bezchmurne i zaśnieżony las. Miejsce dobrze mi znane, ale odległe. Byłem w nim i czułem się taki... mały, słaby i trochę... ogłupiały. Mroźny wiatr i świeże zimowe powietrze. No... dosyć realistyczne to wszystko było. Zauważyłem, że czegoś mi brak. A gdzie były moje okulary? Kitel?Gdzie to wszystko się podziało? Złapałem się za głowę, ale nie wyczułem również swojej przeklętej śruby? Z moich ust nagle coś się wymsknęło:
-Spirit-sempai? - zapytałem dość dziwnym nieco piskliwym tonem.
-Tutaj! - usłyszałem za sobą znajomy mi głos – Weź mój szalik. 
 http://iv.pl/images/08148489519599236799.jpg
-Emm... co? - zapytałem trochę nie kojarząc tego wydarzenia z mojej przeszłości.
-O! Zobacz... znowu pada śnieg. - zaśmiał się, obejmując mnie od tyłu i całując w policzek. Teraz dopiero sobie przypomniałem kiedy dane wydarzenie miało miejsce... czasy kiedy jeszcze byliśmy w naszym gimnazjum. Poczułem taką wielką radość... to wszystko było takie prawdziwe. Odwróciłem się energicznie za siebie:
-Spirit! - nikogo nie zobaczyłem... tylko pustą przestrzeń. Znów byłem sam i chyba już sobą. Okulary, kitel i to wszystko co pojawiło się po jego śmierci... i oczywiście szalik. Nagle w moich uszach rozległ się znajomy głos, ale nie był to głos Spirita:
-Franky... Fraaanky... - szeptał nieśmiało, ale później już wszystko prysło jak bańka mydlana.


Coś, a raczej ktoś szeptał moje imię. Niechętnie otworzyłem oczy, odwróciłem się w stronę drzwi i o mało nie dostałem zawału. W progu stał roztrzęsiony Egoi z poduszką w ręce. Po moim ciele przeszedł dreszcz... no tak, nie zamknąłem okien. Egoi przytulił poduszkę do siebie, pytając:
-Franky... mogę spać z tobą? - zapytał cichutko. Piżama była na niego troszkę za duża. Koszulka spadała mu z ramienia odsłaniając część obojczyka, a nogawki spodni miał podwinięte do kolan. Cały drżał z zimna, a jak widziałem jego podkrążone oczy nie byłem w stanie mu odmówić.
-Jasne. Co takiego się stało? - zapytałem, wstając i zamykając dokładnie każde okno.
-Miałem koszmar... boję się spać sam. - wymamrotał ze łzami w oczach.
-No już, już... spokojnie. Wskakuj do łóżka, bo mi zamarzniesz zaraz. - pospieszyłem go, czochrając jego czuprynę. Egoi rozpromienił się nieco i zaraz znalazł się razem ze mną w łóżku.
-No to... dobranoc. - mruknąłem na wpół przytomny.


( Egoi? Ktoś kiedyś powiedział, że Egoistle to " NINJA LVL EXPERT " xD No to co, kochanie? Choć do Stein'a w ramiona x3 )

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Od Steina - C.D Yuriko

Dziewczyna widocznie nie skojarzyła mnie tylko ze znanym eksperymentem, ale również z tą hołotą, która niszczyła tym wszystkim młodym ludziom życie. Nie mówię o wszystkich... znam takich, którzy starają się jakoś pomagać, ale i tak nie mogą oni za wiele zrobić, bo zaraz szefostwo mogłoby się przyczepić. W końcu... według większości, byliśmy tylko eksperymentami co można zinterpretować jako przedmiotowe traktowanie. Co poradzić... trzeba jakoś żyć, nie?
-Byłem. - westchnąłem czując ulgę w sercu. Sam się zastanawiałem czasami, skąd ja się tam w ogóle wziąłem.
-To znaczy? - zapytała niecierpliwa. Czułem, że dziewczyna może być nieco agresywna, ale... była troszkę drobnej budowy i wątpiłem w to czy byłaby mi w stanie coś zrobić.
-Ehh... u ciebie trochę słabo z wyciąganiem wniosków. - poprawiłem okulary – No ale... miałem do czynienia z gorszymi przygłupami niż ty. Byłem to znaczy, że już nie jestem od co. Czy teraz rozumiesz? - zapytałem opierając brodę o oparcie krzesła.
-Gówno prawda! - wrzasnęła łapiąc mnie za ubrania i podnosząc na wysokość równą z jej płonącymi od nienawiści oczyma – Jesteś ich szpiegiem! Śledzisz nas i mówisz im o wszystkim co tu widzisz! Ty kreaturo... - wyszeptała gniewnie. Nie pozwoliłem jej na ani jedno słowo więcej. Mocno ścisnąłem jej nadgarstki wymuszając oswobodzenie mojego biednego swetra, który już był wystarczająco rozciągnięty. Podniosłem się z krzesła nie puszczając jej nadgarstków ze swojego uścisku. Dziewczyna na początku była zdziwiona moją reakcją, ale później jej oczy zapłonęły agresją:
-Natychmiast mnie puść! - zaczęła się wyrywać.
-Nie jestem żadnym szpiegiem, tylko więźniem takim samym jak wy. Nie masz prawa mi czegokolwiek wmawiać. - zagroziłem – Myślisz, że gdybym miał moc cofania sie w czasie, nie zmieniłbym swoich decyzji? - zapytałem ciężkim głosem uwalniając nadgarstki dziewczyny – Skoro już jesteś zdrowa, a myślę, że jesteś to możesz wrócić do siebie. Mam sporo pracy. Drzwi są otwarte i myślę, że łatwo je znajdziesz. - mruknąłem wychodząc z pokoju. Najgorsze było to, że ból wciąż nie ustępował. Heh... i bądź tu człowieku dobry dla kogoś, a nawet " dziękuję " nie usłyszysz... nawet cię obrażą przy okazji... norma w tym wstrętnym świecie. Podszedłem do okna i otworzyłem je. To mieszkania wleciało mroźne powietrze. Spojrzałem w dół na krzątających się tu i ówdzie ludzi. Siegnąłem do kieszeni po papierosa i zapalniczkę. Zapaliłem sobie całkowicie zapominając o dziewczynie.

( Yuriko? Wybacz, ale mam urwanie głowy i pisze takie małe gówienka XP )

piątek, 31 lipca 2015

[QS Team 1] Od Stein'a - C.D Ace'a

Rene machnął mi na znak, abym już dał sobie spokój i zleciał na dół. Byłem zdziwiony tym jak szybko zdobył przydatne informacje. Nie zastanawiając się nad tym dłużej wylądowałem na dachu zaraz obok Rene i Levi'a. Spojrzałem tam gdzie ostatnim razem widziałem nasze " przynęty ":

-Gdzie oni są? - spytałem niepewnie.

-Odciągają go gdzieś, ale świetnie sobie radzą. - zapewnił Rene. Skrzywiłem się na tą odpowiedź. To przecież nie są ćwiczenia! Tu liczy się każda decyzja. Jeden zły ruch i już ktoś z nas zginie. W całej okolicy słychać było tego mutanta... charczał jakby miał coś nie tak z rurą wydechową no, ale... czego się spodziewać po takim niewypale. Mruknąłem coś pod nosem i obserwowałem otoczenie dookoła. Mało wiedziałem... cholernie mało wiedziałem o tym ustrojstwie. Żadnych słabych punktów czy chociażby odniesień, z których możnaby wywnioskować słabości. Nie chciałem tego nikomu mówić, ale... byłem bezsilny w tej sytuacji tak samo jak w innych. Nadawałem się tylko do biadolenia o równaniach czy reakcjach ludzkiego organizmu na różne bodźce. Tak poza tym... byłem bezużyteczny. To przecież maszyna, która no... jest mechanizmem, a na dodatek myśli, mówi i może wybuchnąć kiedy chce. Ba, może sprowadzić wybuch tam gdzie chce, a wybuch równa się śmierć łamane na trwałe kalectwo. Ta sztuczna inteligencja jest w stanie wyciągać wnioski z pewnych rzeczy i na dodatek planować. Nie wiadomo czy też nie przewidywać, więc mieliśmy szansę jak żółw przy zającu. Znikomą. Teraz żałowałem, że się porwaliśmy na tego cholernika. Cóż... skoro się powiedziało A to trzeba też powiedzieć B:

-Dobra... co wiemy na jego temat? - zapytałem Rene.

-No to tak... gdzieniegdzie jest pełno wystających kabli. Za uszami, przy nogawkach, karku i nadgarstkach. Jego słabymi punktami może być klatka piersiowa i kark. Widać na pierwszy rzut oka, że już próbowali się z nim rozprawiać. Ma pełno rys, zadrapań i uszkodzeń, ale nigdzie ani śladu jakiegoś miejsca gdzie ewentualnie mógłby być panel sterowania. - westchnął. No to pierwszy plan już spalił na panewce. Jak chcieliśmy majstrować przy kablach to mogliśmy go jedynie wyłączyć, a za to by nam się dostało od naukowców. Patrzyłem w jeden punkt, mrużąc oczy:

-Za cicho. Idzie za łatwo. Coś będzie źle. - powiedziałem chyba nawet nie świadomie. Mężczyźni spojrzeli na mnie, krzywiąc się.

-Chcesz żebyśmy mieli trudno? Przecież skoro idzie dobrze to co w tym złego? - zapytał oburzony Rene. Jak oni nic nie rozumieli. Złapałem się za głowę:

-To sztuczna inteligencja, która myśli, mówi, planuje, wyciąga wnioski, a na dodatek jest żywą bombą. Co jeszcze... hmm... jest opancerzona i wściekła. To po prostu nie normalne, żeby wszystko było tak ciche i spokojne. - stwierdziłem już na granicy złości, kiedy nagle ziemia zatrzęsła się pod naszymi stopami. Nagle budynek zawalił się, a my razem z nim. Przysypały mnie resztki gruzu i konstrukcji dachu, ale jako iż byliśmy na samej górze mogliśmy się łatwo wydostać spod ruin... przynajmniej ja. Kopnąłem wściekle jakąś balę, która najbardziej mi przeszkadzała i próbowałem jakoś przecisnąć głowę, która znalazła się miedzy dwoma glazami. Po długich próbach udało mi się wyciągnąć łeb jak sklep ze szpon okrutnych kamieni. Otrzepałem się z nadmiaru kurzu, wypatrując Rene i Levi'a. Zobaczyłem tylko dwa miejsca unoszące się nieznacznie. Podbiegłem do jednego z nich starając się jakoś odkopać osobę będącą pod stertą gruzu i desek. Okazał się nim być Levi i... był cholernie wściekły:

-Wiem... to było złe, ale co poradzić. Ace najwyraźniej nie ma za grosz kultury. - zażartowałem.

-Pobrudziłem się. - mruknął. Zdziwiłem się na takie " wyznanie ", ale stwierdziłem, że każdy ma swoje dziwactwa i trzeba je jakoś uszanować. Opuściłem mężczyznę podchodząc do drugiego unoszącego się punktu. Ku mojemu zdziwieniu Levi też przyszedł i jakoś pomagał odkopać Rene. Po tych czynnościach jedyne z czym się spotkaliśmy to tyłek chłopaka, krzyczącego:

-Utknąłem... wyciągnijcie mnie! - nie mogłem po prostu się nie śmiać. Po chwili śmiania się pod nosem po prostu wybuchłem ku złości Rene:

-Stein... jak się tylko stąd wydostanę to skopię ci tyłek, rozumiesz?! - co ja mogłem poradzić? To było tak śmieszne zrządzenie losu, że nie dałem rady pozostawić tego bez komentarza w formie śmiechu, ale i tak najlepsza była złość Rene.

-Ty go odkop. - zwróciłem się do Levi'a śmiejąc się – Ja nie dam rady. - odszedłem nieco od miejsca ciągle śmiejąc się pod nosem. Nagle moim oczom ukazała się postać z króliczymi uszami. Stała parę metrów tuż przede mną wpatrując się we mnie nienawistnym wzrokiem. Stałem tak bez ruchu, aby go nie prowokować:

-Chłopaki... - powiedziałem nieco przyciszonym głosem -... pospieszcie się i uciekajcie! - wrzasnąłem używając jednej ze swoich mocy, by stać się niewidocznym. Po gruzach snuł się tylko mój przerażający cień. Przyłożyłem potworowi falą mojej duszy co o dziwo... dało jakiś skutek, ale na pewno nie taki jaki dałby on na zwykłej Arcanie. Ace zachwiał się nieco, ale zaraz zaczął mnie atakować. Na początku mozolnie szedł mu atak, ale po chwili zorientował się jak mniej więcej działam. Kiedy chciałem ponownie zaatakować go falą duszy, ten zrobił unik i pchnął mnie na resztki ściany:

-Chcesz zginąć pierwszy? Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. - zaśmiał się szyderczo chcąc przyłożyć mi w twarz. W porę jednak przesunąłem głowę w prawo i złapałem się jego ręki. Wywołałem spięcie w jego łokciu, na które bardzo czule zareagował cofając ręke za siebie. Zdążyłem przekoziołkować się za niego, ale to i tak nie dało mi za wiele czasu. Ace atakował bez wytchnienia... nie męczył się, a ja tak. Coraz trudniej było mi go blokować. Z czasem zaczął zadrapywać mnie w różnych miejscach tepymi kantami swojej zbroi. Cała moja twarz i ręce były podrapane przed części jego stalowego pancerza. Niewiarygodnie mi to przeszkadzało tym bardziej, że toksyczny dym zaczął wnikać w moje rany wywołując poparzenia. Brakowało mi już tchu i zacząłem już trochę odpływać z tego bólu. W pewnym momencie straciłem czujność. Ace przyłożył mi z całej siły w kolano. Ugiąłem się przed nim. Myślałem, że moja noga zaraz eksploduje. Omicron zaczął bawić się moim poczuciem honoru:

-O! Tak szybko padasz przede mną na kolana. No dalej! Proś o łaskę! - rozkazał. Nie wiem co się ze mną stało, ale w błyskawicznym tępie Kishin zadziałał. Wdarł się do mojego ciała. Widziałem tylko co się dzieje, ale nie mogłem nic zrobić. Moja Arcana zaczęła szaleńczo napierać na Omicrona ciągle atakując go moimi falami duszy. Nie wiem jak to robił, że to teraz Ace bronił się coraz trudniej. W końcu uszkodził go w jakiś słaby punkt. Widząc chwilowe rozkojarzenie przyłożył mu z całej siły w twarz, odrzucając go gdzieś w gruzy. Tym samym bardzo zranił mnie w rękę. Czułem tylko rozchodzący się po moim ciele ból i zmęczenie. Jedyne co mnie cieszyło to pewność, że Rick i Takako żyją. Ace wspomniał " Chcesz zginąć pierwszy? ". Przynajmniej to było dobre. Po chwili moja dusza na powrót znalazła się w moim ciele. Nie namyślając się dłużej pobiegłem przed siebie... gdziekolwiek byle by daleko. Jeszcze chwila i bym tam zginął, a na dodatek... byłem poważnie ranny. Teraz tego nie czułem... zbyt się bałem, by cokolwiek czuć. Nie wiedziałem, dlaczego moja Arcana opuściła mnie skoro mogła mną łatwo zawładnąć i pozabijąć wszystkich wkoło. Martwiło mnie to bardziej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Odbiegłem parę metrów starając się jakoś uspokoić, gdy po chwili upadłem z wielkim bólem w kolanie. Mruknąłem coś wściekle próbując podczołgać się pod pierwszą lepszą ścianę. Schowałem się za jakimiś gruzami próbując jakoś dojść do pełni rozumu. Resztkami sił, których nie pozostało mi wiele ukryłem widok swojej duszy, gdyby ten potwór jednak miał możliwość widzenia dusz. Drżącym rękami sięgnąłem do kieszeni wyciągając z niej pepierosa i zapalniczkę ( magiczne kieszenie, z których nigdy nic nie wypada :v ). Klnąłem pod nosem nie mogąc zapalić z powodu drżących rąk. W końcu mi się jakoś udało. Spokój powoli wracał. Nie wiedziałem co się dzieje z resztą. Miałem nadzieję, że żyją i nic im nie jest. Wystarczy, że już ja jestem ranny. Nie mogłem teraz pozwolić na to, abym stał się bezużyteczny. Postanowiłem robić coś żeby usłyszeli mnie, gdyby byli w pobliżu. Zacząłem cicho nucić coś pod nosem... sam nawet nie wiem co. Jakąś melodię, którą od jakiegoś czasu miałem w głowie. Przy okazji umilałem sobie tym czas, któremu towarzyszył ból. Starałem się nie myśleć o tym, co się stało. Najważniejsze było wrócić do trzeźwości umysłu. Postanowiłem coś ze sobą zrobić... opatrzyć rany czy coś. Przecież nie pozwolę na to, aby mój team zobaczył mnie w takim stanie. Odruchowo sięgnąłem w bok po torbę, która teraz była w opłakanym stanie. Na szczęście nie straciła żadnej zawartości. Wyciągnąłem leki przeciwbólowe, opatrunki i jakiś odkażacz. Na szczęście wziąłem najsilniejsze leki jakie miałem w swoim zapasie i już po chwili czułem przyjemną ulgą... można powiedzieć, że nawet otumanienie, ale w moim stanie był to raczej spokój. Zacząłem po trochu opatrywać swoje ręce, którymi teraz mógłby się pochwalić nie jeden emo. Zupełnie skupiłem się na tym co robię... odrzuciłem myśli związane z misją. Trzeba było się na razie doprowadzić do porządku.



( Ace? Kochany Team'ie :3 ? Troszku się rozpisałam :v Shy kazał na żywioł i jest na żywioł XD )
Layout by Hope